Stało się. Wreszcie, z ogromną ulgą i satysfakcją, ujrzałem na dość dużym i popularnym serwisie internetowym artykuł, który bezkompromisowo rozlicza współczesne seriale amerykańskie z najpoważniejszych przewinień fabularnych:
http://www.cracked.com/article_18960_5-things-tv-writers-apparently-believe-about-smart-people.html
Wspominam o tym, ponieważ sam przeżyłem rozczarowanie “nową falą” seriali zza oceanu, która jeszcze parę lat temu zapowiadała się tak obiecująco. W czerwcu zeszłego roku napisałem na ten temat pobieżną notatkę, której dotąd nigdzie nie publikowałem. Podrzucam ją jednak teraz, jako komentarz do powyższego artykułu. Czuję, że tabu zostało przełamane, i można o tym pisać nie narażając się na śmieszność.
Ludzie, słuchajcie: seriale są do kitu! ;P
Bohaterowie seriali typu procedural są jednym z największych oszustw współczesnego świata. Są mężczyznami w średnim wieku. Każdy ma coś, w czym jest nadzwyczaj dobry, bez czego byłby wyrzutkiem społecznym i co pozwala mu wieść zupełnie dostatnie życie. Oprócz tego większość z nich ma ukryte talenty, które ujawniają znienacka w najróżniejszych przydatnych sytuacjach – umieją grać na pianinie, robić sztuczki karciane, mówić w od dwóch do pięciu językach obcych; każdy do perfekcji ma opanowane sztuki negocjacji, manipulacji, retoryki i flirtu. Nie wiadomo, kiedy zdążyli się tego wszystkiego nauczyć. Mają niezawodne poczucie humoru i są uroczy nawet wtedy, gdy zachowują się podle, bo zwykle robią to “w słusznym celu” (jeśli zdarzy się, że nie, i tak są uroczy, bo są “ludzcy”, albo zwyczajnie dla zasady). Nawet jeśli się poważnie mylą, bądź stają twarzą w twarz z zagrożeniami, komplikacjami i przeszkodami życiowymi, zdrowotnymi bądź karierowymi, koniec końców wychodzą z nich bez szwanku, co więcej dopinając swego. Odnosi się wrażenie, że jedyne zajęcie jakiemu się oddają, to praca – czy to jako detektyw, czy jako lekarz, czy jako ktokolwiek inny. Są samotni. Mają złamany życiorys najczęściej przez jakieś jedno szczególne, traumatyczne wydarzenie. Mają problemy ze snem, ćpają i/albo żłopią kawę oraz alkohol bez szczególnych konsekwencji, a nawet z pożytkiem. Mają ciągle tych samych znajomych i nie poznają nikogo nowego. Prawdopodobieństwo wydarzeń, które zachodzą w ich życiu, nawet gdyby potraktować niektóre z nich jako fabularne “skróty myślowe”, wychodzą poza wszelkie dopuszczalne ramy, a mimo to zupełnie nic nie zmieniają ani w samych bohaterach, ani w niczym i nikim innym. Świat, w którym żyją, jest zamrożony – zarówno w sensie czasowym, jak i społecznym, mentalnym i przestrzennym. Stał się taki od momentu w/w “traumatycznego wydarzenia”; przedtem bohater miał jakąś przeszłość, a nawet przyszłość. W serialu ma już tylko teraźniejszość, do której jednak od czasu do czasu zaglądają pozostałe. Dowiadujemy się, że bohater kiedyś był inny. Prowadził urozmaicone życie. Miał partnerki/kę, rodzinę itp. (Nadal jednak nie wiemy, kiedy bohater zdążył nauczyć się wszystkiego, co umie) Ogólnie – był w miarę szczęśliwy, miał własne życie i tożsamość. To jednak przeszłość. Teraz jest nieszczęśliwy. Mimo wszystko miewa okazje by wyjść z dołka, “na prostą”, zmienić wzorce zachowań. Nie robi tego jednak. Coś zawsze go powstrzymuje, właśnie dlatego, że jest zamrożony w teraźniejszości, a przeszłość i przyszłość to jedynie zwidy, które okazjonalnie nawiedzają jego i widzów, dając fałszywą nadzieję, bez której bohater nie mógłby żyć, a widz – go oglądać.
Nikt z nas, tak naprawdę, nie chciałby być bohaterem serialu procedural.




